Dlaczego nie kończymy książek? Albo zdecydowany trzask


Dzisiaj krótkie wytchnienie od zwiedzania twórczości Stanisława Lema. Pomyślałam sobie ostatnio, patrząc na książki czekające w kolejce, aż skończy się lato – trochę bez związku, ale co zrobić, w taki sposób działa myślenie od czasu do czasu – jak to jest, że niektóre książki czytamy, a inne czytamy i czytamy, żeby zostawić je w końcu nieprzeczytane? Innymi słowy: jakie są powody, dla których nie kończymy książek?

Każdemu się chyba zdarzyło – nawet jeśli jest kompulsywnym „doczytywaczem” (a mam takich w rodzinie – męczą się, ale książki nie rzucą, bo skoro już zaczęli, skoro są za setną stroną, skoro tobie się podobało, skoro jest taki jeden wątek, skoro dopiero w czwartek idą do biblioteki, skoro już pożyła im przyjaciółka, skoro dostało nagrodę, skoro...) – odłożyć w pewnym momencie książkę i już do niej nie wrócić. Czasami zupełnie niecelowo: ot, po prostu z postanowieniem „wrócę” i... nie wrócić. Spróbujmy pogrupować sobie motywy, dla których tak się dzieje, a temat doczytywania za wszelką cenę na razie sobie zostawię na boku (bo nadaje się zdecydowanie na samodzielną notkę).

Dlaczego nie kończymy książek?

(1) Bo nas nudzą: napisałam kiedyś cały wpis o tym, czemu książka może nas nudzić i jest to tak naprawdę też kolejny katalog powodów, dla których nasza przygoda z lekturą może się skończyć, nim zamkniemy ją po ostatniej stronie. Przy czym nie tylko powody nudy bywają różne, ale też – jak sądzę – nuda różni się od naszego charakteru. Po dobrze się ponudzić (rozwija to kreatywność, jak się okazuje, więc ponudźcie się czasami!), ale bez przesady: i co z taką nudą w trakcie lektury robić? Albo zakończyć jednym czystym cięciem (trzask! zamykanej książki), albo kontynuować jeszcze przez jakiś czas – a przy okazji rozmyślać o tym, co się zje na obiad, jaka poprzednia książka autora była dobra albo co usłyszeliśmy w autobusie. A otoczenie nas nie zaczepia, bo wiadomo – czytamy. 
 
 
A dla ilustracji dzisiaj obrazy abstrakcjonistów: bo wychodzą poza ramy i mają wiele interpretacji. Na przykład. Robert Delaunay "Okna otwierane jednocześnie", 1912.
 
(2) Bo są złe: tu właśnie przydałaby mi się notka, do której mogłabym Was odesłać, a w której bym się wreszcie przemogła i zastanowiła, co to jest taka „zła książka”. Bo mam wrażenie, że dobrego zbioru cech nie ma – bo każdej definicji coś się tu wymyka i ta „złość” może zupełnie co innego znaczyć dla czytelników, co innego w odniesieniu do tego, co się w ogóle w życiu czytało, od sytuacji i tak dalej. Ale umówmy się: bywają książki po prostu warsztatowo złe – z błędami gramatycznymi, z literówkami, z paskudnie porozkładanym napięciem, z bohaterami szeleszczącymi tak mocno, że zagłuszają dialogi. I wtedy bywa, że nie znajdujemy w książce niczego, co nas jakoś przy niej zatrzyma: ani nawet fascynacji, że jak coś takiego mogło wyjść. A wtedy co? Trzask, oczywiście.

(3) Bo są za dobre, a my nie mamy czasu: też pewnie znacie to z doświadczenia. Zabieramy się za jakąś wyjątkowo chwaloną książkę, a może nawet nie chwaloną, wygrzebaną na dnie biblioteki i okazuje się ona przedobra. Tyle że my akurat mamy do wyrobienia szereg nadgodzin, dawno niewidziana ciotka prosi o zaopiekowanie się dawno niewidzianym siostrzeńcem pradziadka, a do tego kot ma akurat napad domagania się uwagi. I co wtedy? Czytamy te dwie-trzy strony dziennie, po tygodniu nie mamy nadal pojęcia, co się w książce dzieje, bo bohater nadal wygłasza ten sam monolog i chociaż nam się podoba, to jednak nie kończymy, odkładamy na lepszą okazję. Muszę powiedzieć, że już od jakiegoś czasu – odpukać – nie zdarzyła mi się taka sytuacja, ale zagrożenie jest realne. Także czasami to ani nasz wybór do końca, ani wina książki – okoliczności potrafią być, no cóż, okrutne.
 
 
Erik Pevernagie "Terra incognita", 2006.
 
(4) Bo nie mamy nastroju: trochę wariacja na powyższy temat, ale tym razem to nie kwestia czasu, a nastroju. Zdarzało mi się przynosić z biblioteki książki, które od dawna chciałam przeczytać, ale jakoś mi z nimi nie szło – a to okazywało się, że jednak średniowieczny sztafaż w tej chwili to nie bardzo, a to że jednak mam dość czytania jednego gatunku pod rząd (stąd płodozmian gatunkowy to serio rzecz dobra!), a to że jakoś pogoda się zmieniła i ta książka mi nie bardzo idzie, chociaż formalnie nie mam jej nic do zarzucenia. A jednak ją zarzucam, z czysto subiektywnych i dość abstrakcyjnych niekiedy pobudek. Bywa.

(5) Bo za mocno działają nam na emocje: właściwie tylko raz zdarzyła mi się taka sytuacja, z „Lolitą” Nabokova (którą ostatecznie dokończyłam, ale później). Książka tak mocno do nas przemawia – w sposób, który sprawia, że robi się nam zbyt nieprzyjemnie – że po prostu musimy przerwać lekturę, żeby odetchnąć. Albo odwrotnie – jest tak przyjemnie, że nie mamy w ogóle poczucia, że trzeba ją skończyć, niech sobie trwa zawieszona w pamięci. W moim przypadku z „Lolitą” zachodziła okoliczność pierwsza – Nabokov nie dość, że napisał tę książkę sugestywnie, nie oszczędzając na szczegółach (co oczywiście jest tej książki zaletą, bo bohater rozpracowany jest niemal do ostatniej nitki), tyle że dla mnie to było za dużo. A nieopatrznie zabrałam książkę w podróż, więc trudno się było od niej uwolnić.
 
 
Wasilij Kandinsky "Małe światy I", 1922.
 
 
(6) Bo skończyła nam się liczba prolongat w bibliotece: nie mówcie, że nie zalegacie czasem z książkami. Chociaż muszę przyznać, że po wyjątkowo bolesnej nauczce (uzbierałam kary niemal na nową książkę) już bardzo się pilnuję i niefrasobliwość moja w tym względzie poszła w kąt: jestem wzorowo przedłużającym książki czytelnikiem. Tyle że jednak liczba prolongat jest ograniczona albo ktoś zamówi naszą książkę – i kaplica. Możemy oczywiście doczytywać „na szybko”, ale możemy książkę oddać i wypożyczyć kiedy indziej. Czy to „kiedy indziej” nadejdzie, to już inna sprawa. Czasami słyszę tu i ówdzie, że ktoś nie chce korzystać z biblioteki właśnie przez to, że książki mają termin zwrotu – i muszę powiedzieć, że nie do końca rozumiem ten argument, ale być może istnieje taki czytelnik perpetualny, co to chce mieć książkę na zawsze przy sobie do czytania w dowolnym momencie. Nie da się wykluczyć, ale mimo wszystko z bibliotek bym nie rezygnowała – bo książki mamy z nich co prawda na krótko, ale za to ile!

Ha, na początku to miała być notka o książkach, których nie skończyłam, ale może napiszę o tym jeszcze kiedy indziej. A tymczasem: zdarza Wam się zdecydowanym ruchem odkładać książki i ich nie kończyć? Może macie jeszcze inne po temu powody?

_______________________________

Celowo zaznaczyłam na początku, że to jedynie krótki oddech od Lema – bo jutro wraca Lemat-o. Jakoś tak te ostatnie książki czyta mi się szybciej, może teraz zrobię głębszy oddech.

Weź dokładkę!

27 komentarze

  1. Prawie zawsze kończę książki. Ale w tym roku rzeczywiście zdarzyło mi się dwóch nie skończyć. Pierwsza po prostu była zła, przede wszystkim warsztatowo, ale treść tez nie powalała na kolana. Druga była dobra, ale zabrała mi ją właśnie niemożność prolongaty. Rozważałam szatański plan przetrzymania jej mimo to, ale jednak odstraszyła mnie wizja kary i potępiającego wzroku bibliotekarki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? To takie straszne uczucie, że się kogoś zawiodło ;). Poza tym, tak po prawdzie, oprócz kar są jeszcze te sytuacje, kiedy ktoś na książkę czeka i klnie nas w cichości serca, że trzymamy ją tak długo. A że i mnie się czasem zdarza być tym czekającym, to staram się oddawać książki w terminie, żeby potem móc w spokoju narzekać, że tyle ludzie trzymają książki, nie to, co ja ;). Żartuję oczywiście, ale to kwestia patrzenia na zjawisko z dwóch stron -- no chyba, że to akurat taka książka, której nikt nie czyta, wtedy kara i karcący wzrok są wystarczającą motywacją ;).

      Usuń
  2. Znam to, znam :) Pierwszy przypadek (albo czwarty, nie jestem pewna) to było "Safari mrocznej gwiazdy". Czytałam, czytałam i czytałam. W końcu poszło na półkę czekać na lepsze czasy. A drugi przypadek to chyba "Lawendowy pokój" George. Tu też nie jestem pewna, czy to było tak słabe, czy raczej ja miałam czas wygórowanych oczekiwań. W każdym razie książkę porzuciłam bez żalu i z własnej woli do niej nie wrócę ;)
    No i szóstka - u mnie to na przykład "Tańczące niedźwiedzie". Bardzo chciałam to przeczytać, ale nie zdążyłam, a prolongować się nie dało, bo ktoś czekał w kolejce. Na pewno jeszcze raz tę książkę wypożyczę, kiedy nauczę się brać z biblioteki tyle, ile zdążę przeczytać :D

    Aaa, zobaczyłam komentarz wyżej i przypomniało mi się, że przetrzymywanie książek z biblioteki mi się zdarza, ale króciutkie i tylko jeśli nikt książki nie zarezerwował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, w ogóle chyba dorzuciłabym osobno jako punkt (7) takie rozczarowanie książką, bo spodziewaliśmy się więcej (ewentualnie: czegoś innego -- wtedy może to zadziałać zniechęcająco, nawet jeśli książka jest dobra). I wtedy czytamy, czytamy i bez silnej motywacji możemy rzucić, jako że jednak nie na to się pisaliśmy, w końcu zawarliśmy pewien pakt z książką, a ona się nie wywiązuje z umowy ;).

      Usuń
  3. Właśnie, po 2 latach! kończę książkę biograficzną o Iggym Popie. Przerwałam ją w momencie, w którym doszłam do okresu w jego karierze, o którym wiedziałam już wszystko i zaczęła mnie nudzić. Musiała swoje odleżeć w moim starym pokoju w domu u rodziców :D Lolity też nie skończyłam.

    A co do terminów w bibliotece to u mnie one działają na korzyść. Mam tendencję do czytania kilku książek na raz i czasami się zdarza że o którejś zapomnę. Potem nie pamiętam o czym to w sumie było ale czyta się dobrze i za bardzo przeciąga się to w czasie. A gdy mam termin oddania to czytam może 2 na raz dzięki czemu udaje mi się wszystko skończyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, pewna wtórność (czyli że albo coś wiemy, albo już gdzieś coś podobnego czytaliśmy) może zniechęcić do skończenia książki. Ale bardzo się chwali, że wróciłaś -- w sumie to po takim czasie zwykle muszę zaczynać od początku, żeby sobie przypomnieć, o co chodziło i co się działo wcześniej ;).

      No tak, też mi się wydaje, że przy poznaniu swojego tempa czytania i wzięciu pod uwagę różnych czynników zewnętrznych da się traktować terminy biblioteczne właśnie mobilizująco, chociaż rozumiem też i tych, których to jakoś deprymuje. Inaczej można się zakopać w takim czytaniu na czas, a to też nic przyjemnego ;).

      Usuń
  4. Ja jestem z tych kompulsywnych doczytywaczy, jeśli nie doczytam to czuję się jak detektyw Monk z układanką, w której brakuje jednego puzzla. Trochę inaczej traktuję jednak książki czytane na studiach/podręczniki (wiadomo, czasem potrzebujemy jedynie fragmentu, czytanie całego to byłby już Monk w stanie czystym) i w pracy (jak w wydawnictwie ukazuje się dziesięć książek naraz, to trudno przeczytać wszystkie od dechy do dechy). Stąd najczęstszym moim powodem niedoczytania jest ta nieszczęsna liczba bibliotecznych prolongat ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa, widzę, że mamy podobny odnośnik, mnie się to też zawsze kojarzy z detektywem Monkiem ;).

      Nie mówię, że doczytywanie jest czymś złym -- wręcz przeciwnie, mam kilka takich książek, które niedoczytane byłyby raczej, no, może nie słabe, ale średnie, a tu się okazuje, że końcówka zupełnie je przewraca na nice (moim koronnym przykładem są tu "Pieniądze od Hitlera"). Natomiast jak tylko widzę, że zaczynam doczytywać kompulsywnie właśnie, to staram się opanować ;).

      Usuń
    2. Uwielbiam detektywa Monka :)

      Usuń
    3. Przybij piątkę :D! A czytałaś też książki? Bo zachęcona serialem sięgnęłam po jedną, ale zostawiła mnie z dość letnimi uczuciami -- i nie wiem, czy faktycznie są takie sobie, czy po prostu źle wybrałam tę jedną.

      Usuń
    4. Niestety nie, nawet nie wiedziałam, że są też książki :) Wpisuję na listę, jakie by nie były :)

      Usuń
    5. Czytałam tylko "Detektyw Monk jedzie na Hawaje" -- i może nie było tak źle, że nie chciałabym kończyć, ale było dość przeciętnie i brakowało "ducha" (pomyślałam, że może to kwestia tego, że do samych postaci się przywiązałam przez to kto i jak je grał). Bardzo jestem ciekawa, co powiesz po lekturze -- koniecznie daj znać, może znajdziesz akurat jakiś dobry tom, do którego sama potem z chęcią zajrzę :).

      Usuń
    6. ...pozdrawia Monk w stanie czystym ;)

      Usuń
    7. Ale jak czystym, to i szczęśliwym po monkowemu :D.

      Usuń
  5. Prawie zawsze kończę książki, niestety. Bo czasami chciałabym zostawić w cholerę i zająć się inną, a tu nie da rady. Zwłaszcza kiedy to zła książka jest (chociaż do tych złych zawsze można napisać zjadliwą recenzję, a jak wiadomo takie się pisze najlepiej). Jedynie termin oddania książki do biblioteki czasami mnie zmusza by książki nie dokończyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami książka jest zła w sposób zupełnie niespodziewany (tak miałam z tymi "Popiołami", serio nie spodziewałam się aż takiej książki) i wtedy w ogóle człowiek może popaść w konfuzję. A w ogóle to a propos pisania -- mam takie wrażenie, że kończę więcej książek, których normalnie bym nie kończyła, kiedy sobie pomyślę, że potem mogę o nich napisać :).

      Usuń
  6. Jestem bardzo ciekawa jakich książek nie skończyłaś! To będzie na pewno ciekawy wpis :) Plus może jak będziesz chciała powody dlaczego ich nie skończyłaś.

    Ja mam taki problem, że czytam kilka książek na raz i w pewnym momencie jedna z nich wciąga mnie tak bardzo, że zapominam o pozostałych. Albo w międzyczasie ktoś mi poleci inną, albo trafię na kolejną i zaczynam czytać, a reszta biedna leży poutykana po mieszkaniu i się kurzy. W ten sposób kilka zaczętych przeze mnie książek czeka na kontynuację od roku, a ja skupiam się na innych i je akurat kończę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet sobie wynotowałam już na potrzeby dzisiejszego wpisu, ale że nie użyłam, to się pojawi w przyszłości taki wpis wyznaniowy ;). Przy czym podejrzewam, że może się okazać, że zostanę zachęcona, by je jednak dokończyć, więc to jest taki wpis na jesień zdecydowanie, żeby sobie nie piętrzyć książek teraz ;).

      O, to bardzo dobra uwaga -- faktycznie wtedy się książki mogą rozpełznąć (a w nich nasze zakładki -- właśnie ostatnio szukałam jakieś, o której pamiętałam, że gdzieś powinnam taką mieć i znalazłam ją właśnie w takiej książce czytanej w opisany sposób, więc leży od jakiegoś czasu ;)). Zresztą, tak jak pisałam wyżej -- właściwie takie książki nie tyle doczytuję, co czytam od nowa, bo nie pamiętam, co się w nich działo albo pamiętam z grubsza :).

      Usuń
    2. Tak, też mam wiele takich książek "odłożonych na później" czyli w efekcie "do nigdy" :)

      Usuń
  7. Zdarza się, zdarza... na szczęście bardzo rzadko ;) Kilka razy odłożyłem książkę w połowie na, powiedzmy, dwa tygodnie i trudno już było wrócić (bo oczywiście inna zajęła mnie do tego stopnia, że nie ruszałem niczego, póki jej z zachwytem namalowanym na twarzy nie skończyłem). Ale ostatecznie powroty się udają i często są warte zachodu. Zdarzyło się, że coś odłożyłem (powody 1 i 3 przeważają!), minął rok, książka dawno powędrowała z powrotem na biblioteczną półkę, a ja wciąż nie postawiłem tego jednego kroku, by ponownie ją wypożyczyć. To zazwyczaj przypadki klasyki, tej trudniejszej, którą początkowo czytamy z wielkim zainteresowaniem i takim bojowym wręcz nastawieniem (ja nie dam rady tej głębi lirycznego przekazu, tym kilometrom tercyn bądź błądzącemu osobliwymi ścieżkami symultanizmowi postmodernistycznego strumienia świadomości?), lecz czasem lektura przeradza się w coś na kształt walki, aby tylko ją skończyć. A wtedy chyba lepiej odłożyć i wrócić, gdy bojowe nastawienie ponownie zaatakuje. Gorzej, kiedy nie zaatakuje, bo wtedy pozostaje pustka i wymówki, jakim cudem możemy tego nie znać :)
    Troszkę łatwiej jest, kiedy książkę mamy w swojej prywatnej biblioteczce. Zawsze możemy sięgnąć i sprawdzić, czy jesteśmy na nią gotowi. Choć też - tylko pozornie łatwiej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ja nie dam rady tej głębi lirycznego przekazu, tym kilometrom tercyn bądź błądzącemu osobliwymi ścieżkami symultanizmowi postmodernistycznego strumienia świadomości?" -- tak, to bardzo dobre podsumowanie takiego podejścia ;). Ale muszę powiedzieć, że gdyby mi nie towarzyszyło, to takich "Popiołów" czy "Doktora Żywago" pewnie do dzisiaj bym nie skończyła (chociaż motywowało mnie i to, że mogę o tym napisać i porozmawiać). Więc w sumie okazuje się, że duch bojowy w moim podejściu do literatury może się utrzymać dość długo i nie pierzchnąć ;).

      No właśnie, ale jeśli mamy ją w naszej biblioteczce to może zajść sytuacja odwrotna: ech, mam ją, nie ma się co śpieszyć, może wezmę się teraz za tę książkę z biblioteki/kupioną okazyjnie/pożyczoną od dziadka/którą dostałam na Gwiazdkę i tak dalej :). I wtedy może czekać do emerytury, jak się weźmiemy za klasyków niczym dziadek z "Szóstej klepki" ;).

      Usuń
    2. Gdyby nie takie podejście, nie odkryłbym jednej z najdoskonalszych powieści, jakie w życiu czytałem - "Wilka stepowego". Możliwość dyskusji i napisania tekstu też pomaga się przemóc ;)

      Twoje spojrzenie jest chyba nawet prawdziwsze od mojego - przecież nikt nam tych książek nie ukradnie, po co ten pośpiech, będą sobie leżeć i czekać na nas, aż odchowamy dzieci, wnuki...

      Usuń
    3. Może wtedy trzeba by znaleźć sobie znajomych, którzy chętnie pożyczają klasykę literatury na lata ;). I człowiek przerażony, że pożyczy i nie ujrzy więcej lub na czas bardzo długi siada i czyta ;).

      Usuń
  8. O, ja bardzo często nie kończyłam/kończę książek, przynoszę z biblioteki całe stosy i one leżą a ja tylko przedłużam i przedłużam aż już więcej się nie da i mam wyrzuty sumienia (coraz mniejsze na szczeście :) Chyba najczęściej jest tak, że jakiejś książki "nie czuję" - wypożyczam "Sto lat samotności" żeby wreszcie nadrobić a tu jak na złość mam ochotę wyłącznie na kryminały. Innym razem wydaje mi się, że nie mam czasu porządnie wgryźć się w książkę, zwłaszcza jak jest opasła - tak było z "Targowiskiem próżności" albo "Nędznikami" albo "Biografią Londynu". Czasem łatwiej mi dokończyć kiepską książkę (żeby zobaczyć jak się skończy) niż dobrą ale jednak wymagającą uwagi. Niemniej jestem dumna, że się przemogłam i skończyłam "Śpiewaj ogrody" Huelle, bo oj, jaka to wspaniała książka! Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, bo to też kwestia, kiedy coś uznajemy za "przeczytane", a kiedy -- nie i zostajemy z wyrzutami sumienia ;) (pisałam o tym niedawno :)). Nie wspominając już o książkach, których koniec zupełnie zmienia nasze patrzenie na nie. A to, o czym piszesz -- że prościej czasem skończyć coś czytanego "dla fabuły" jest łatwiej niż książki wymagające skupienia -- to ciekawy problem. Bo jak tak sobie myślę, to ja i te wymagające skupienia czytam dla fabuł również ;).

      Usuń
    2. Kończenie dla fabuły to jedno, bo przecież takie bardziej wymagające uwagi książki często wciągają, nie ukrywajmy, nieco bardziej (na zasadzie: czytam tę ksiazkę już miesiąc ale nadal pamiętam co się wydarzyło dwie-dziesięć-pięćdziesiąt stron temu, tę przeczytam w trzy wieczory a za tydzień nie pamiętam o co chodziło). Chyba chodzi o to, że te mniej wymagające łatwiej się czyta, a kiedy czasu jest niewiele a mózg zmęczony... Może to też kwestia pozwalania sobie na zajmowanie mocy przerobowej"czytadełkami"?

      Usuń
    3. Rozumiem -- ale nie wiem, czy czytanie dużej ilości czytadełek wpływa ujemnie na nasze czytanie książek bardziej wymagających. To znaczy nie wykluczam, ale mam wrażenie, że mimo wszystko jest dobre dla rozruszania się, oddechu, odpoczynku i tym podobnych spraw :).

      Usuń